Nie mojego. Mojego partnera, Darka. Odsunął się od ściany, żeby przepuścić wózek z materiałami, zawadził piętą i runął w dół. Na szczęście lina asekuracyjna zadziałała. Ale złamał obie nogi i kręgosłup. Długie miesiące rehabilitacji, a potem wyrok: już nigdy nie wróci na ścianę.
To był cios nie tylko dla niego. Dla nas wszystkich. Nasza dwuosobowa firma – Jacek i Darek – przestała istnieć. Nie mogłem znaleźć sobie nowego partnera. Zaufanie na wysokości to nie jest coś, co buduje się w tydzień. A pracować samemu? Zbyt niebezpiecznie. Zostałem na ziemi. Z pustym kontem, bo większość oszczędności poszła na pomoc Darkowi i jego rodzinie, i z poczuciem, że moje życie nagle straciło grawitację. Byłem przywiązany do ziemi, a dusza krzyczała, żeby znów się wznieść.
Podejmowałem się różnych dorywczych prac. Malowanie klatek schodowych, drobne remonty. To było jak dla orła kazać chodzić po podwórku. Czułem się jak ptak w klatce. Mój syn, widząc moją frustrację, powiedział pewnego wieczoru: „Tato, może spróbuj czegoś, co nie ma nic wspólnego z wysokością? Czegoś kompletnie innego.” I pokazał mi na swoim laptopie vavada. „To takie wirtualne wspinaczki” – zażartował.
Vavada. Brzmiało jak nazwa jakiejś odległej planety. Ale w moim stanie, w którym każdy dzień był szary i płaski, postanowiłem spróbować. To była desperacja, ale też ciekawość. Jak to jest, ryzykować, nie ryzykując życia?
Zarejestrowałem się. Pierwsze wejście do wirtualnego kasyna było jak wejście do jaskini pełnej świateł i dźwięków. Zupełnie obcy świat. Ale po kilku dniach, ku mojemu zaskoczeniu, zacząłem dostrzegać pewne podobieństwa do mojej starej pracy. Każda gra była jak nowa ściana do zdobycia. Trzeba było ocenić ryzyko, zaplanować „drogę”, czasem się wycofać, a czasem zaryzykować dynamiczny „skok”. Zacząłem traktować to jak trening mózgu – analiza, taktyka, kontrola emocji.
I wtedy, podczas gry o tematyce górskiej, gdzie symbole układały się w szczyty i linie, trafiłem serię bonusów. Nagle na ekranie zobaczyłem sumę, która zaparła mi dech w piersiach. To nie były pieniądze na rachunki. To były pieniądze na nowy start. Pamiętam, jak siedziałem w ciszy, a żona, zaniepokojona moją miną, podeszła i spojrzała na monitor. Jej okrzyk zdumienia był tym, co przekonało mnie, że to nie sen.
Te pieniądze nie sprawiły, że wróciłem na wieżowce. Ale dały mi coś o wiele cenniejszego – możliwość inwestycji w siebie. Zawsze marzyłem o kursie instruktora wspinaczki skałkowej. To był koszt, na który nie mogłem sobie pozwolić. Teraz mogłem. Zrobiłem kurs. Dziś pracuję w indoorowej ściance wspinaczkowej. Uczę dzieci i dorosłych miłości do wysokości. Pokazuję im, jak bezpiecznie się wspinać, jak ufać linie, jak czytać ścianę.
Mój świat znów jest pionowy. Inaczej. Nie ma wiatru we włosach ani widoku całego miasta u stóp. Ale jest radość na twarzach moich podopiecznych, kiedy po raz pierwszy dotkną szczytu ściany. I to jest uczucie, które daje mi skrzydła.
Vavada nie dała mi łatwych pieniędzy. Dała mi linę, dzięki której mogłem wydostać się z dołka. Nauczyła mnie, że czasem, kiedy jedna droga jest zamknięta, trzeba znaleźć inną. I że najważniejsze nie jest to, na jakiej jesteś wysokości, ale to, co czujesz, patrząc w górę. A ja, stary wyga od wysokości, odkryłem, że najtrudniejszą ścianą do zdobycia jest często ta, którą budujemy sami w swojej głowie. I to jest najwspanialszy szczyt, jaki kiedykolwiek zdobyłem.